RSS
 

Archiwum - Październik, 2013

Zimowe porządki w uczuciach, segregacja emocji.

25 paź

Ostatnie dni były po prostu idealne. Tramwaje przyjeżdżały na czas, jadąc autem nie wpakowałam się w kilkugodzinny korek, żadnych kłótni, niedomówień, za to dużo uśmiechu, wiary w siebie i przy okazji też w innych, bo jakoś nikt mi w tym tygodniu nie podpadł. Niby powiadają, żeby nie chwalić dnia przed zachodem Słońca, a przede mną przecież jeszcze weekend, ale skoro jest dobrze, to dlaczego mam się tym nie cieszyć? Zresztą, to co ludzie mówią czasem trzeba podzielić na dwa, choć to też w zwyczaju mają mówić ludzie. Poza tym nie można całe życie być podejrzliwym, zapobiegliwym i ostrożnym w wyrażaniu swoich emocji. Sama myśl o tzw. „dmuchaniu na zimne” na każdą możliwą pierdołę, zwyczajnie mnie przeraża. Możliwe, że mam inny charakter i osobiście po prostu nie mogłabym tak egzystować. Po to mamy uczucia, żeby je wyrażać, a nie chować po kieszeniach w obawie przed losem, który bywa przewrotny…

Co do uczuć, to w sumie są one sprawą ciekawą. Można powiedzieć, że nawet bardzo ciekawą. Raz są, raz ich nie ma. A może zawsze są tylko zmieniają swoją postać?  Nie wiem, nie mnie to oceniać. Ile ludzi na tym świecie, tyle zapewne jest na ten temat opinii. Można snuć jakieś przypuszczenia i domysły, bo o to w tym wszystkim chodzi, żeby starać się odpowiedzieć sobie na pewne pytania, wtedy łatwiej zaczyna się żyć. Swoją drogą, uważam, że uczucia tak nagle nie znikają. Wydaje mi się, że ich miejsce zastępują inne uczucia, które z biegiem czasu stają się nam coraz mniej obecne i zaczynamy je po prostu akceptować. Najłatwiejszym przykładem jest tutaj miłość…
,,Jacek i Barbara zakochana para, siedzą na kominie i całują świnie…” – jakoś tak to chyba leciało, prawda? Widzimy, że ta para jest w sobie naprawdę zakochana i nie widzą świata poza sobą. Nikt mi nie powie, że nie chciałby czegoś takiego przeżyć. Motylki w brzuchu na samą myśl o wspólnie spędzonych chwilach, zawroty głowy po pierwszym wspólnym pocałunku. Przecież to jest piękne, bo człowiek doświadcza czegoś niesamowitego, jego relacje z drugą osobą zaczynają się rozwijać, możemy obserwować zmiany w nas samych i w naszym podejściu do całego świata. Sytuacja robi się nieciekawa gdy ta na początku zakochana para nie jest już tak w sobie zakochana, gdy przychodzi rozstanie. No i wtedy zamiast uczucia szczęścia i miłości często pojawia się żal, smutek, rozgoryczenie, a w ekstremalnych przypadkach nawet nienawiść.
Pewnie wielu z Was zwróci uwagę na to, że emocje towarzyszące po rozstaniu zależą od tego czy jest się osobą, która została porzucona, czy tą, która porzucała. Zazwyczaj osobnik porzucony jest przedstawiany jako ofiara, która nie zasłużyła na tak paskudny los (choć może to właśnie charakter tej strony przyczynił się do rozpadu związku), zaś osoba porzucająca to najgorsza świnia, której wszyscy razem życzymy jak najgorzej, bo przecież tak paskudnej hienie nie może być w życiu dobrze. Fakt, są przypadki kiedy ten przyjęty schemat oceniania stron byłego związku jest prawdziwy. Tylko co z tymi przypadkami, gdy jednak tak nie jest? Wtedy i tak osobnik porzucający będzie musiał udowodnić swoją niewinność, bo większość opowie się za zapłakaną i załamaną owieczką porzuconą. I wtedy my sami pocieszając naszą ofiarę po rozstaniu z tą świnia, zmieniamy zdanie o tej hienie i w miejscu pozytywnych uczuć zaczynają gnieździć się same negatywne emocje. No i koło się zamyka.

Takich przykładów sytuacji, w których nasze uczucia się zmieniają jest mnóstwo. Ważne, żeby sobie to uświadomić i nie bać się tych zmian. Nie możemy też pozwolić, żeby zmiana naszych uczuć względem innych osób była czymś nagłym, nieprzemyślanym. Łatwo przecież pomylić się w pochopnej ocenie drugiego człowieka…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Uczucia, Życie

 

Szukam przyjaciela, idealnego człowieka.

18 paź

Obudziłam się w znakomitym humorze. Po tak beznadziejnie męczącym bólu głowy poprzedniego wieczoru, każde rozpoczęcia dnia bez tego uczucia rozrywania czaszki po prostu musi być udane, cudowne, pachnące i zwyczajnie idealne. Może te ciemne chmurzyska za oknem nie dawały za wiele powodów do radości, ale jak widać mi do szczęścia dużo nie było trzeba i w sumie dobrze. Tylko jest jeden mały szczegół. Czym innym jest przebudzenie się, a czym innym szanowne podniesienie swoich czterech liter z łóżka. Z tym drugim było u mnie zdecydowanie gorzej. Na dworze coraz zimniej,  koc wydawał się być coraz cieplejszy, a poduszka coraz wygodniejsza. Jest tak, prawda? Musicie mi uwierzyć. Całe szczęście, jakoś się pozbierałam i dotrwałam do moich popołudniowych rozmyślań…

Ostatnio trochę mi tego brakowało. Czego dokładnie? Takiego pozytywnego podejścia do życia od samego rana. Miałam zwyczajnie wątpliwości, co do możliwości ludzi. Miałam wątpliwości, co do zamiarów pojedynczego człowieka.  Po prostu wydawało mi się, że raz ktoś, a raz nie ma nikogo. Myślałam, że ktoś jest tylko po to, żeby zaraz zniknąć. Wiecie o co chodzi? To można porównać do bańki mydlanej. Tworzysz ją, bo chcesz ją mieć, chcesz ją zobaczyć, ona Cię zachwyca  i nagle, kiedy jesteś w euforii, bo Twój mydlany stwór lata, ona bez żadnego słowa, bez żadnego pożegnania znika na zawsze. Pewnie się dziwicie. Bo niby jak można porównywać człowieka do bańki, do czegoś tak ulotnego?
Może założenie, że człowiek też jest czymś ulotnym, faktycznie brzmi dość pesymistycznie, ale czasami naprawdę można mieć takie wrażenie. Czasami otacza nas morze ludzi, a wciąż czujemy się sami. Niemożliwe? A jednak! Nie chodzi mi tutaj o sytuację, w której mamy jakąś osobę A, która jest życiowym samotnikiem i codziennie siedzi sama w czterech ścianach, a jej jedynym zajęciem jest spanie i czatowanie przed telewizorem z pilotem w ręku. Raczej miałam na myśli taki przypadek, kiedy wspomniana osoba A jest towarzyska, spotyka się ze znajomymi, otacza się ludźmi, ale wciąż czuje się samotna. Ta samotność polega na braku osobie, która byłaby zawsze, która nie znikałaby w momentach kryzysowych, która byłaby godna zaufania, która po prostu nigdy by nie zawiodła. Czy to jest możliwe? Czy możliwe jest poznanie takiej osoby? Możliwe, że tak…
Wiele z nas na pytanie „Czy istnieje człowiek idealny?” odpowiedziałoby, że nie. W sumie z perspektywy czasu, z pewnych obserwacji, z własnych doświadczeń  ta odpowiedź wydaje mi się być sprzeczna z naszymi pragnieniami. Tak naprawdę, szukając bliskiej osoby, naszego powiernika, chcemy, żeby ten ktoś był właśnie idealny. Kiedy tylko pojawiają się jakieś wady zastanawiamy się czy ta nasza nowa znajomość przetrwa, czy warto się angażować, bo przecież nie tak miało być. Miało być inaczej. Jak inaczej? Idealnie. Miało być poświęcenie, wspieranie, pomoc, częste spotkania, wspólne imprezy, wspólne łzy i śmiech, zaufanie bez granic i zero tajemnic. A jak jest w rzeczywistości? Trochę inaczej. Trochę mniej idealnie.
Położyłam się na łóżku. W tle mogłam usłyszeć jedynie tykające wskazówki zegara. Czas uciekał, a ja wciąż nie wiedziałam, co o tym wszystkim myśleć. Jedni mówią tak, inni inaczej. A co ja myślę? Tego nieidealnie idealnego człowieka nie znajdzie się na siłę, też nie przez przypadek. Na pewno trzeba się otworzyć na ludzi, trzeba w nich uwierzyć, choć czasem wydaje się być to trudne. Warto mieć kogoś z kim można iść przez życie, nawet jeśli ten ktoś ma wady. Bo niby kto ich nie ma? Uśmiechnęłam się do siebie i wciąż nie mogłam uwierzyć, że ja kogoś takiego przecież mam u swego boku. Mam swojego najlepszego przyjaciela. No i wtedy życie wydało się lepsze…

I jak? Będziecie szukać ,,idealnego” przyjaciela czy ten z wadami  zostanie zaakceptowany?

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Uczucia, Życie

 

Czarujące wspomnienia, powrotu do przeszłości życzenia.

09 paź

Obudziłam się o barbarzyńskiej godzinie, bo dwadzieścia minut przed siódmą. Z całych sił próbowałam jeszcze zasnąć, po prostu marzyłam o śnie, ale mój zegar biologiczny najwidoczniej się zbuntował i tyle. Próbowałam zamykać oczy, wtulać się w poduszkę, leżeć na plecach, na brzuchu, raz na prawym, a zaraz na lewym boku. I wiece co z tego wyszło? Guzik, nic nie wyszło. Wytrzymałam tak przez ponad godzinę, ale w końcu znudziła mi się ta męczarnia i próba zaśnięcia, a zresztą uznałam, że szkoda czasu na walkę z samą sobą, skoro i tak nie zasnę. Miałam na dzisiaj wiele planów, więc tym bardziej miałam motywację, żeby ruszyć się z łóżka i przywitać nowy dzień…

Przy piątym łyku herbaty albo i może przy tysięcznym mrugnięciu oka w ciągu dzisiejszego dnia uzmysłowiłam sobie, że każda moja nowa myśl już po mikrosekundzie staje się przeszłością i ulotnym wspomnieniem. Nawet teraz, wszystkie napisane przeze mnie słowa, a tym samym jakieś spostrzeżenia z nimi związane należą do schowka „to już było”.
Co do przeszłości, to coraz częściej mam wrażenie, że ludzie popadają w dwie skrajności. Z jednej strony tworzymy jakiś kult dawnych czasów i uparcie żyjemy wspomnieniami. Pół biedy jeśli te nasze wspomnienia tyczyłyby się rzeczy przyjemnych, ale niestety częściej sycimy się treściami negatywnie wpływającymi na nasz nastrój. Po jakimś czasie, w akcie desperacji, zamykamy się na świat, odwracamy dupskiem do teraźniejszości i z uporem maniakami wbijamy sobie kolejne szpile w serce, które prędzej czy później zbuntuje się przeciwko takiemu traktowaniu. I co wtedy będzie?  Jedno jest pewne, nieciekawie będzie.
Z drugiej strony wydaje mi się, że czasami wkładamy wiele siły i energii w to, by zupełnie odciąć się od przeszłości i postawić za nią grubą krechę. Brawo! Jesteśmy wtedy tacy silni, odważni i po prostu znakomici. Pozazdrościć! Tylko czy o to w tym wszystkim chodzi? Czy naprawdę idąc ulicą i widząc kolegę z podstawówki musimy odwracać głowę i udawać, że się nie znamy, bo to już było i nie wróci? Czy musimy obojętnie przechodzić obok miejsc, które w czasach dzieciństwa były naszą ucieczką od rzeczywistości? To wydaje się po prostu idiotyczne, prawda? Nagle chcemy wszystko z siebie wyrzucić, niszczyć to co dotyczyło nas, to co nas budowało i kształtowało, co wpłynęło na to jacy jesteśmy.
Zza szyby wyczekiwałam na widok prostokątnej, zielonej tablicy, która oznajmiłaby mi, że wjeżdżam do miejsca moich dziecięcych lat. Musiałam jeszcze na to poczekać, bo do znudzenia przewijały się tylko drzewa, pola, lasy i drzewa, pola, lasy i dla urozmaicenia pojedyncze domy. W końcu znowu zobaczyłam dobrze znane mi miejsca, budynki, sklepy, osoby. Znowu przypomniałam sobie ile wspaniałych chwil tu przeżyłam, ile miłości i ciepła tu doznałam, ile dałabym, by choć na chwilę cofnąć czas. Zapaliłam świeczkę i w dalszym ciągu tępo wpatrywałam się w czarny kawałek płyty nagrobkowej. Uśmiechnęłam się do tamtego lata i zimy, wiosny i jesieni, które były w mojej pamięci. To były dobre wspomnienia…

Warto wspominać, warto się do tych wspomnień uśmiechać i je pielęgnować, ale nie można popadać w skrajności, które przeważnie nie są dobrym rozwiązaniem. Przeszłość to przecież część nas, wypierając się jej, to tak jakby próbować zabić cząstkę siebie…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Uczucia, Wspomnienia, Życie

 

Głupie narzekania, mądre rady i krytyk krytyczny.

02 paź

Poranną pobudkę zafundował mi budzik, któremu po prostu pozwoliłam się wykazać. Kilka razy sprawdziłam też funkcję „drzemki”, musiałam wypróbować, nie było innej rady. Chyba rozumiecie? Tylko po jakimś czasie, każdemu znudziłoby się zasypianie, przebudzanie, wyłączanie budzika i znowu zasypianie, przebudzanie i wyłączanie budzika. Ileż można? No długo nie można, przekonałam się dzisiaj o tym na własnej skórze. Co do sytuacji za oknem, nie było najgorzej. No może poranny wiatr nie był tak przyjemnie przyjemny jak ten lipcowy czy sierpniowy, ale wyglądające zza chmur Słońce  i tak nastrajało pozytywnie…

Narzekać każdy może, czasem wychodzi mu to lepiej, a czasem trochę  gorzej. Nad poziomem i intensywnością swojego narzekania trzeba pracować, najlepiej od samego rana. A teraz już bądźmy poważni, jeśli się w ogóle da….
Do białej gorączki doprowadza mnie skomlenie dwóch nastolatek o ich problemach pierwszego świata. Czy ja narzekam? Możliwe, że tak, ale słuchanie problemów pierwszego świata z samego rana, w zatłoczonym tramwaju nie jest niczym przyjemnym. Musicie uwierzyć mi na słowo. Czy naprawdę wygramolenie się z łóżka z rana jest największą tragedią i bolączką tego świata? Oby nie, ale w dzisiejszych czasach już nawet w to zaczynam wątpić. Niektórych napotkanych nieznajomych od razu chętnie wysłałabym na jakąś inną planetę i wszyscy byliby zadowoleni.
Zresztą coraz częściej mam wrażenie, że ludzie traktują życie jako karę zamiast wygraną na loterii. To całe narzekanie nie wynika z niczego, nie rodzi się nagle, nie przychodzi bez przyczyny i z nudów. Ostatnio ktoś mi powiedział, że niby każdy głupi wie, że nie można marnować czasu i trzeba walczyć o rzeczy dla nas ważne. Czyżby? Jeśli naprawdę tak by było, to nikt nie siedziałby przez osiem godzin w pracy, która nie daje mu satysfakcji i przyjemności, nie pozwala mu się w żaden sposób rozwijać i , co tu dużo mówić, po prostu jej nie lubi. Wszyscy bez żadnych oporów spełnialiby swoje marzenia i większość z nas czułaby się spełniona i szczęśliwa, a narzekanie stałoby się czymś okazjonalnym.
Nie chcę uchodzić tutaj za osobę o stalowych nerwach, którą nic nie denerwuje i do wszystkiego podchodzi neutralnie i bez emocji, bo logiczne, że tak nie jest. Jest to niewykonalne i już. Też czasem lubię sobie ponarzekać, taka natura człowieka, ale nie sprowadzam tego do jakiegoś codziennego rytuału, który, jak mniemam, stał się częścią życia wielu ludzi i zatruwa im życie. Nie mój problem, robią to na własne życzenie…

Wydaje mi się, że narzekanie zawsze było tłem ludzkiego życia i nie ma na to rady. Każdy ma gorszy dzień, w którym przychodzi ochota na biadolenie o swoim tragicznym i beznadziejnym losie. Jestem to w stanie zrozumieć, bo do mnie też czasem przychodzą momenty zwątpienia w sens mojej egzystencji. Nie rozumiem jednego- nieustannego  narzekania, które naprawdę staje się jakąś plagą. Muszę chyba jednak zacząć przyzwyczajać się do dziwactw tego świata…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Uczucia